Absolwenta zatrudnię od zaraz

Jakiś czas na łamach NaTemat do dziennikarskiej współpracy z Lodołamaczem zapraszałam absolwentów filmoznawstwa, socjologii i komunikacji stosowanej. I spotkałam ich – przyszli do Teatru Łaźnia Nowa na parateatralny live act: Nowi Bezrobotni.

Jeśli to październik – witamy studentów. W Krakowie znów pełne przystanki i tramwaje, a ulice zakorkowane samochodami o rejestracjach, nie zaczynających się od KR. Elita Polski znowu się powiększa. Mowa oczywiście o bezwzględnym powiększeniu ilościowym. Bo jakościowo?




Niełatwo opisać skondensowane do niecałych dwóch godzin wydarzenia sobotniego popołudnia w Łaźni Nowej. Bo i sytuacja „nowych bezrobotnych” – czyli w głównej mierze świeżo upieczonych absolwentów i studentów ostatnich lat – łatwa nie jest. Ale opowiem po kolei.



Najpierw parę ćwiczeń rozgrzewających, swobodny spacer. Jest nas na oko czterdziestu, od razu widać dwie wyraźne grupy: studenci i osoby 55+. Paru facetów 35-40. Najmniej kobiet z tego przedziału wieku – dziwi.


Wstajemy z ławek, przedstawiamy się sobie. Siadamy – i pytania, głosujemy metodą łapki w górę. Czy ukończyłeś studia wyższe? Prawie 100-procentowy las rąk. Czy byłeś kiedyś bez ubezpieczenia zdrowotnego? Wielu. Czy po ukończeniu studiów przebywałeś na utrzymaniu rodziców? Czy czujesz niepokój, myśląc o swoim życiu zawodowym i stanie portfela?


Aktor na środku jest aktorem i gra samego siebie. Przedstawia swoje wybory życiowe: studia na dwóch kierunkach – dziennikarstwo i historia. Bezpłatny staż w koncernie medialnym. Trochę prac dorywczych. A my zadajemy pytania.




Uwaga: poniższa relacja pozbawiona jest wszelkich elementów ironii i szyderstwa. Jest nas mało, ale jednak całkiem sporo, i szczerość, z jaką pozwalamy sobie ze sobą nagle rozmawiać, bywa szokująca. Opinie z sali padają zaskakująco różne – i niesłychanie angażujące do odpowiedzi. Widzę to na twarzach innych i czuję w sobie. Pojawia się głos: skończyłem studia na UJ i żałuję że kiedykolwiek na nie poszedłem (mam ochotę zagryźć, krzycząc: oddaj więc państwu pieniądze, jakie w ciebie zainwestowało!). Albo: błąd polega na tym, że studia wyższe przestały być awangardą intelektualną, a stały się fabryką magistrów (awangarda srarda myślę, uniwersytety zawsze były wyłącznie instrumentem reprodukcji wiedzy, nikt nigdy nie widział intelektualnie rozwiniętego magistra, do tego dochodzi się dużo później, a rozwinie cię nie uniwersytet, a tylko i wyłącznie relacja mistrz – uczeń). Dużo się śmiejemy, każdy ma swoje własne odpowiedzi, ale emocje autorów i widowni są boleśnie momentami uczciwe. A pytań nie ubywa.


Jako znany powszechnie nerwus i narwaniec żywo angażuję się w dyskusję, zadając aktorowi (odtwarzającego przypominam samego siebie) pytania, dotyczące jego kompetencji zawodowych. Jakimi dysponuje, kończąc swoje wymarzone „dwa fakultety”? Jestem napastliwa i agresywna, ale nie może być inaczej: stoję (czy może raczej – stałam) po drugiej stronie barykady. Zatrudniałam studentów animacji kultury, historii i dziennikarstwa. Wiem, jak niewiele potrafią, opuszczając mury uczelni – i ani przez chwilę ich o to nie obwiniam. Praktykę nabywa się w sposób praktyczny, teoria wyuczana na potrzeby egzaminów sprawdza się tylko w dzień zaliczenia fakultetu.


A na ławach obok mnie siedzą przecież absolwenci chyba wszystkich kierunków Krakowa. Prawie każdy od informacji o tym, co ukończył, rozpoczyna swą wypowiedź. Dyskusja jednak w pewnej chwili pęka, wyodrębniają się dwa nurty. Osoby starsze problem rozumieją inaczej, niż młodzi. Pytają: a czy byłeś u doradcy zawodowego? Może mógłbyś zacząć pracę kierowcy w hurtowni, to przecież też jest zawód.




Pewnie że tak. Ale dziewczyna studiująca animację kultury (pięć cudownych lat, wyobrażacie sobie Państwo ten błogostan?) nie chce do Biedronki – i naprawdę nikt nie ma prawa się temu dziwić. Dzieciaki nie potrafią tego wytłumaczyć starszemu pokoleniu. Ich odpowiedzi nie zostają zrozumiane. Studia, ten słodki czas zgłębiania przez pięć lat definicji autorytarnie zawartych w podręcznikach pozwoliły im wierzyć, że urocza magma stypendiów, obowiązkowych półtora godzinnych wykładów i trzymiesięcznych wakacji (z dodatkowymi dwoma tygodniami w ciągu roku) trwać może bardzo długo. Zderzenie z rygorami dorosłości jest bolesne.


Jaro Tochowicz to spiritus movens Teatru Zgromadzenie i jego należy pytać o wszelkie związane z nim idee. W Nowych Bezrobotnych z pewnością dobrze zidentyfikował problem i zrobił wszystko, by dać swym gościom możliwość zobaczenia własnej sytuacji. Jednak sytuacja rynku pracy dla ludzi w wieku 23-30 lat, studiujących lub świeżo po zakończeniu studiów, jest zbyt polifoniczna, by jedna dyskusja mogła wyczerpać sens i dać jakąkolwiek odpowiedź, której wykorzystanie mogłabym tu Państwu przekazać . Zakończę więc inaczej – wszystkich czytelników z Nowej Huty, który dobrnęli do końca tej naprawdę długiej notki, zachęcam do współpracy dziennikarskiej z dwutygodnikiem Lodołamacz. Można też zgłaszać się na tzw. ogarniacza – pieniędzy nie ma dużo, ale dzielimy się tym, co mamy.
Trwa ładowanie komentarzy...